|
Blog > Komentarze do wpisu
Po koszykarskim weekendzie na żywo i sprzed TV
I znowu długa przerwa w pisaniu. Na szczęście i tak jestem regularniejszy niż Hubert Hejman i Łukasz Koszarek, czyli włocławski Hej Kosz. Będzie o koszykarskim weekendzie, o którym miało byc już wczoraj, ale niestety czasu zabrakło.
Sobota to dwie warszawskie Polonie. Ta od niedawna będąca Gazem Ziemnym i ta z liczbą 2011. W odwrotnej kolejności. Po meczu lidera (obecnie) I ligi z rezerwami mistrza Polski spodziewałem się nieco więcej, chociaż, gdy zobaczyłem, że w składzie tych drugich nie ma Przemysława Zamojskiego to mój zapał został trochę ostudzony. Gospodarze dość łatwo uporali się z przeciwnikiem (80:65 i miałem wrażenie, że w ich grze jeszcze są spore rezerwy. Szczególnie jeśli chodzi o najbardziej doświadczony duet zawodników (Lewandowski / Karwowski) i skuteczność Dardana Berishy. Właściwie nie tylko skuteczność, a jego shooting selection. Nie ma wątpliwości, że potrafi wykreować sobie czystą pozycję, tyle tylko, że bardzo często chce punktować "na siłę". Nie trafi dwa razy z rzędu, wiec koniecznie szuka celnego rzutu w kolejnej akcji. Ponoć tacy są strzelcy. Owszem, ale Berishy te mecze z poszukiwaniem skuteczności zdarzają się trochę za często. Teraz o pozytywach dla gospodarzy. Na pozycji rozgrywającego rywalizowali dwaj Tomaszowie Ś. 20-letni Śnieg i 25-letni Świętoński. I nie tylko statystyki wskazują, że lepiej wypadł ten pierwszy. Prowadzenie gry, umiejętność podejmowania odpowiednich decyzji, wyszukiwanie wolnych partnerów (alley-oop do Jarosława Mokrosa!) - lepszy był młodszy z tej dwójki, chociaż błędów się nie ustrzegł. To nie był jego idealny mecz, lecz i tak o niebo lepszy niż Świętońskiego. A ten ostatni jest dla mnie wielką zagadką. Od 2003 roku, gdy jako wielki talent przeniósł się ze Spójnii do Sopotu nie poczynił żadnych postępów. Albo inaczej - może i poczynił, ale potem najwyraźniej były kroki w tył, bo efekt finalny jest taki, że teraz Święty gra na poziomie z czasów juniorów ze Stargardu. I nie potrafi wyróżnic się na tle przedostatniej ekipy I ligi - bo taka jest siła Asseco Prokomu II bez Zamojskiego i Adama Hrycaniuka. Drugim zawodem dla mnie był w sobotę Adam Łapeta. Widziałem w statystykach, że na zapleczu ekstraklasy potrafił byc dominatorem, a tymczasem w Warszawie kompletna klapa. A gdy trzy razy z rzędu został zablokowany (statystycy dwie pierwsze akcje uznali najwidoczniej za sprite'y), to już mi się go żal zrobiło. Może to nie był jego dzień? Ale chyba mimo to nie powinien dać się wbić w parkiet Mokrosowi... Potem była Polonia ekstraklasowa. I tu ciekawostka - na obu meczach pojawił się doping (na I lidze ponoć po raz pierwszy) i na dodatek ta sama kilkuosobowa grupka wykrzykiwała "Polonia, duma Warszawy!". Tylko która Polona w końcu jest tą dumą? "Czarne Koszule" znowu zaskoczyły. I to najbardziej w tym sezonie. Trzeba sobie to powiedzieć (napisać) wprost. Po odejściu Tommy'ego Adamsa trener Wojciech Kamiński ma problem ze skomponowaniem bezpiecznej piątki. Bezpiecznej, czyli takiej w której każdemu mógłby zaufać. Teraz musi wypuszczać albo Michała Przybylskiego, który przez kilka sezonów gry w ekstraklasie nie nauczył się rzucać albo Jitima Younga o budowie ciała sprzedawcy pączków albo Marcina Nowakowskiego, który jeszcze niedawno grał w II lidze i PLK się dopiero uczy. I nikt się nie dziwił, gdy pod koniec trzeciej kwarty Polonia przegrywała 20-ma punktami ze świetnie zorganizowanym Urlepowskim Basketem, w którym każdy zna swoją rolę po obu stronach parkietu. Przegrywała mimo, że Michael Ansley dzień przed 42-mi urodzinami dawał z siebie wszystko albo jeszcze więcej. 19 punktów do przerwy (na 34 drużyny) to super dorobek, ale mało kto wierzył, że taką intensywność utrzyma do końca. Utrzymał prawie do ostatnich chwil. Ale po kolei. Gdy gospodarze zaczęli zmniejszać straty na początku czwartej kwarty, też widzowie uznali to za normę. Ot po prostu chwila rozprężenia gości. Zaraz ich Urlep przywoła do porządku. Bardzo mylne stwierdzenie. Przewaga topniała, a gdy Mike zdobył swój 37 punkt był remis 77:77. Resztę załatwili jego koledzy. Polonia wygrała (85:82) mimo, że jej wszyscy obwodowi gracze do pozycji niskiego skrzydłowego włącznie mieli w sumie dobrą jedną kwartę. To ostatnia kwarta w wykonaniu Grega Harringtona. Niesamowite. W tym momencie uwierzyłem, że na Kole mogą jeszcze niejeden raz dziwne rzeczy się dziac. A przecież będzie tu gościł Turów i Prokom. Chociaż i tak terminarz warszawian jest tak tragiczny, że może się skończyć bilansem 0-4 na koniec rundy zasadniczej. Tyle o sobocie - niedziela już sprzed telewizora. Ligowy klasyk, czyli Anwil - Prokom. Bez wątpienia najlepszy telewizyjny mecz obecnego sezonu (chociaż szkoda, że spotkania Polpharma - Prokom, Prokom - Kotwica czy Polonia - Czarni były poza TVP). Sopocianie grali naprawdę dobrą koszykówkę, szczególnie przed przerwą. To nie był radosny basket pod tytułem Daniel Ewing i David Logan bawią się piłką. Sporo kombinowanych akcji, wykorzystywania wysokich. Czy tylko ja mam wrażenie, że spora w tym zasługa Qyntela Woodsa? Jeden mecz to nie wszystko, ale wydaje mi się, że nie należy go wrzucać do jednego worka z Loganem z tego sezonu - to nie jest facet one-man-show z klapkami na oczach. I na dodatek jest killerem, przynajmniej na takiego wygląda:-) Jeśli Tomas Pacesas przestawi zespół na granie akcji pod niego, a nie pod Logana w najważniejszych chwilach to może zostać kluczowym graczem w rywalizacji z ... No właśnie. Z kim? Anwil wygrał ten mecz (95:91) i wygląda teraz świetnie, ale jednak nie jestem w przeciwieństwie do większości w 100% pewien, że to włocławianie a) skończą rundę zasadniczą na drugim miejscu, b) będą przeciwnikiem Prokomu w finale. Dlaczego? Odnośnie a) - jeśli Anwil przegra z Polpharmą u siebie to chyba nie dyskusji. Ale nawet zakładając zwycięstwo, to wcale nie jest pewne. W pozostałych meczach Anwil nie może przegrać więcej razy niż Polpharma, która co prawda ma aż cztery wyjazdy i mecz u siebie z Górnikiem, lecz przecież Anwil też nie ma łatwo - Czarni i Stal wyjazd, Turów u siebie. Tu też mogą pojawić się porażki. Odnośnie b) - po pierwsze Anwilowi co jakiś czas przydarzają się wpadki u siebie i to akurat wtedy, gdy zespół ma trzy mecze w ciagu tygodnia. Tak było z przegraną ze Stalą, tak samo z Kwidzynem. W play-off taka niemoc może sporo kosztować. A druga sprawa - brak zmiennika dla Łukasza Koszarka. Przy nacisku jaki stosuje Polpharma na "jedynkę" to bardzo istotne. A Tommy Adams jako konstruktor akcji to duuuże ryzyko. A wzmocnień nikt nie zapowiada. Koszarek bez wsparcia - już to przerabialiśmy... wtorek, 10 lutego 2009, wojczyn
|